Prowincja Gellonia>

Góry Smocze

Gdy stanąłem u stóp gór, mym oczom ukazał się piękny widok. Słońce akurat wschodziło i unosiło się tuż nad wierzchołkami szczytów, oświetlając śnieg na stokach, który mienił się wszystkimi kolorami. Widok był tak piękny, że aż zaparło mi dech w piersiach. Musiałem też jeszcze bardziej osunąć na czoło kapelusz (wcale go nie zapomniałem;)), bo blask raził w oczy.

Zacząłem szukać najdogodniejszego miejsca na wspinaczkę w góry i wówczas spotkało mnie pierwsze miłe zaskoczenie. Po długim chodzeniu u stóp gór znalazłem coś na kształt… schodów. Nie wiedziałem czy to było takie naturalne wyżłobienie, może zrobione przez wodę i wiatr, czy też było to jakieś wejście dawno zapomniane, ale zrobione rękoma ludzi; wkrótce ta pierwsza tajemnica miała się wyjaśnić. Schody nie były oczywiście równe i płaskie, jednak w górach taka ścieżka to wręcz skarb, więc wspinaczka rozpoczęła się całkiem pomyślnie. Gdy szedłem tak w górę – raz bardziej stromo, raz łagodniej – dużo rozmyślałem nad tym, co może mnie spotkać. Przecież od dawien dawna nikt się w te rejony nie zapuszczał z powodu obawy, strachu (zabobonów?) przed smokami. Zastanawiało mnie skąd taki strach w tutejszych ludziach przed tymi niezwykłymi stworzeniami. Magicznymi, dostojnymi, nieprzeniknionymi, małomównymi i stroniącymi od ludzi – może właśnie dlatego ci ostatni podchodzili do nich z niechęcią, czasem pogardą (!), a zawsze ze strachem. Bardzo chciałem spotkać choć jednego i przekonać innych, że są to naprawdę dobre istoty, które bez powodu nigdy nikomu krzywdy nie zrobiły; nie licząc tych złych smoków, ale te są zawsze przeganiane do jednej odległej i zapomnianej krainy przez swych pobratymców. Czy moje pragnienie zostało zaspokojone? Czy moja cierpliwość w poszukiwaniach została wynagrodzona?... Teraz już wiem, że aż nadto… Jednak po kolei.

Po ponad godzinie wędrówki, gdy słońce było już znacznie powyżej szczytów, a roślinność zaczęła karleć – drzewa zastąpiły duże krzewy iglaste, wśród takiej roślinności, gęstszej niż w innych miejscach dostrzegłem… niewielką chatkę, z której komina unosił się słaby dym. Trochę mnie to zdziwiło – przecież ludzie boją się w ogóle przebywać w tych stronach, a co dopiero mieszkać! No cóż… w samym domu miało mnie spotkać jeszcze większe zdziwienie. Domek okazał się większy niż przypuszczałem, ponieważ błędnie oceniłem odległość od ścieżki do niego. Na podwórku nie było widać nikogo. Podszedłem więc do drzwi i zastukałem kołatką w drzwi. Swoją drogą piękna to była kołatka – w kształcie głowy lwa i ze złota, a w miejscu oczu miała pięknie mieniące się ametysty. Po dłuższej chwili usłyszałem zapraszający mnie do środka głos – ciepły, miły i spokojny, jednak czuć było, że jego właściciel to energiczna osoba. Otworzyłem ostrożnie drzwi, do mych nozdrzy dostał się w tym momencie piękny zapach pieczeni. Wszedłem do środka, pomieszczenie było dosyć duże, jasne i połączone z kuchnią. Przy stole (dużym, drewnianym) siedział starszy mężczyzna – włosy i brodę miał siwe i ładnie przystrzyżone. – Proszę wejdź i spocznij przy stole – powiedział do mnie.
Podziękowałem i usiadłem na krześle tuż koło niego. Przedstawiłem się i od razu spytałem:
– Co tutaj robisz panie? Przecież w pobliżu są smoki. A przynajmniej tak mi mówiono. Nie boisz się?
– Miło mi, nazywam się Gerlan. Mówi mi, proszę, po imieniu. Nie młodzieńcze, nie boję się, a właściwie – nie boimy się. Mieszkam tutaj z żoną, ma na imię Wilena, poszła do lasu zebrać trochę jagód i borowiny. A smoki… dobrze ci mówiono – są tu. I jest ich niemało. Rzekłbym – masa, jednak nie ukazują się ludziom, ponieważ wiedzą jaki strach w nich teraz wywołują…
– Teraz? – przerwałem mu. – Czyżby kiedyś było inaczej?... Ludzie żyli w przyjaźni ze smokami?!
– Tak chłopcze, i to w bardzo zażyłej. Razem dbali o te ziemie. Ramię w ramię staczali bitwy ze wspólnymi wrogami… Jednak coś się zmieniło i wszystko przepadło. Tak naprawdę to nikt nie wie dlaczego… Istnieje pewna legenda, jednak czy to prawda? Nie mam pojęcia.
– Jaka legenda? Czy mógłbyś mi ją opowiedzieć?
Wtedy zauważyłem, że Gerlan się rozpromienił na wieść, że ktoś chce wysłuchać jego opowieści, jakby czekał na tę chwilę wiele lat.
– Oczywiście mój młodzieńcze, ale tutaj nie jest najlepsze miejsce na snucie takich opowieści. Chodź ze mną do drugiej izby. Usiądziemy sobie wygodnie w fotelach i posłuchasz, skoro wyraziłeś taką ochotę.
– Oczywiście, że mam ochotę tego wysłuchać. Z przyjemnością – odparłem. – zatem prowadź Gerlanie.

Przeszliśmy przez drzwi, które były w głębi i weszliśmy do równie przestronnego pokoju. Jednak tutaj panował pewien półmrok a w przeciwległej ścianie znajdował się kominek, w którym skwierczało drewno, a płomienie skakały z jednego na drugie. Przy nim stały fotele, o których wspomniał gospodarz. Usiedliśmy w dużych, wygodnych fotelach, Gerlan zapalił sobie fajkę (bardzo aromatyczną) i puszczając fantastycznie tańczące okręgi z dymu, zaczął opowiadać legendę o człowieku i smoku, którzy zburzyli przyjaźń smoków. A ja siedziałem jak mały chłopiec, z oczami otwartymi tak szeroko, jak małe dziecko, które zobaczyło po raz pierwszy świętego Mikołaja; dobrze, że usta udało mi się powstrzymać przed otwarciem.